Kiedyś strona informacyjna o audycji muzycznej PRZESTER emitowanej na antenie radia Egida, dziś po prostu blog muzyczny. Nowy tekst co poniedziałek, czasami częściej
RSS
poniedziałek, 16 listopada 2009
This Is Fucking It !!

Jestem świeżo po seansie filmu This Is It, zapisu ostatnich przed śmiercią prób Michaela Jacksona i jak zapewne wywnioskowaliście z nagłówka JESTEM ONIEMIAŁY. Że MJ jest wielki wiedziałem i głośno o tym mówiłem od zawsze, mimo to po raz kolejny jego talent uderzył mną o podłogę. This Is It powinien być zapisem ostatnich prób umierającego, podstarzałego lekomana – eksgwiazdora, ale z powyższej, niby logicznej konotacji, zgadza się jedynie to, że jest to zapis prób. Michael co chwila przerywa utwory by coś uzgodnić, czasami nie wyśpiewuje refrenów jak to na próbie, ponadto widać, że ukazuje jakieś 20 % swojej formy wokalnej, a przede wszystkim tanecznej (powściągliwość układów choreograficznych naprawdę zaskakuje). Ale te 20 % sprawiają, że mam ochotę bić mu pokłony!! Idealna muzykalność, doskonały wokal, tego się nie gubi, nie zapomina. Jeżeli dodamy do tego świeże i nowatorskie aranże piosenek oraz filmowe intra do nich, to uzyskujemy dokument o najwspanialszym widowisku naszego świata, które niestety nie miało okazji zadebiutować... Co zostaje? Zostaje materiał sklecony z paru prób, ale ten materiał przewyższa większość popowych koncertów jakie mogę wymienić!! (nie wliczając oczywiście tych tworzonych przez MJ-a w sile wieku). Macie jeszcze 2 tygodni by samemu udać się do kina i zobaczyć tego największego z największych, który melodyjnością i poczuciem rytmu przebił wszystkich przed i po sobie. Gorąco was do tego zachęcam!! A jako przedsmak tego, co można zobaczyć w kinie :

20:06, djlucas1
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 02 listopada 2009
O wielkim nieobecnym

Święto zmarłych to pretekst do wszelkiego rodzaju wspominek wybitnych artystów. Co roku oglądamy koncerty ku pamięci jednego lub paru wybitnych artystów... W tym roku TVP wyemitowała takowy o Czesławie Wydrzyckim vel Niemenie. I słusznie wielkim artystą był... Ja chciałbym przedstawić inną, troszeczkę zapomianą, persone polskiej sceny... Mógłbym pisać o nim i pisać, że niebywały wokalista, że magiczna osobowość, że nieziemski kobieciarz. Ale, chyba film znajdujący się poniżej w sposób bardziej doskonały przedstawi sylwetkę pana Andrzeja Zauchy :

 

 

 

19:54, djlucas1
Link Dodaj komentarz »
piątek, 30 października 2009
O tym jak "Chłopacy" zdobyli Mikołów

Gdy potwierdzona została wiadomość, że Lao Che zawita do małego mikołowskiego Fraktala pomyślałem : będzie rzeźnia. Klub znajdujący się pod biurami urzędu miasta w malutkim parku w centrum Mikołowa, dywan na podłodze, nastrojowy klimat kontra najbardziej energetycznie grająca kapela w kraju. Kapela, która być może nagrała 2 najlepsze polskie albumy tej dekady!!(moim zdaniem zarówno Powstanie Warszawskie jak i Gospel to murowane płyty-kandydatki do pierwszej trójki).

Już sam początek koncertu zwiastował, że obejrzymy znakomite widowisko – chłopacy weszli na scenę uśmiechnięci, wyluzowani, zadowoleni jakby z faktu, że zagrają w chyba najmniejszym klubie od paru lat. Zaczęli standardowo od jednego z wolniejszych utworów z płyty Gusła – tym razem padło na Did Lirnik. Później przygotowująca publikę do ostrzejszego miniseta Groźba, a po niej kolejno Bóg Zapłać, Czarne Kowboje i Paciorek. Po nich znowu małe zwolnienie i kolejny wybuch energii. I jak jeszcze 4 razy + bisy. Widać, że panowie dopracowali set listę do granic, zgrabnie lawirując między repertuarem z 3 albumów i doskonale wyczuwając kiedy należy zwolnić, a kiedy przyspieszyć. Podczas trwającego 2 godziny koncertu nie zabrakło niespodzianek. Należały z pewnością do nich utwory granę bardzo sporadycznie: Wisielec, Czy ja człowiek jestem, oraz covery. Tych było jak na Lao Che sporo, bo oprócz granego stale już od zimy Klus Mitroch z repertuaru legendarnego Klausa Mitffocha, nieoczekiwanie pojawiło się Populares Uber Allez Homo Twista z charakterystycznym motywem ala Blues Brothers, a także wstęp do Riders On The Storm The Doors i wściekłe intro do Barykady jakby żywcem wzięte z St Anger Metaliki. Oprócz wyżej wymienionych smaczków zaskakiwało parę aranży min. rozbudowany o 2 solówki Do syna Józefa Cieślaka. No i bisy – te miały na celu chyba ostatecznie wyczerpać z resztek sił około 30 osobową grupę najwierniejszych fanów skaczących naprzeciw zespołu przez bite 2 godziny. Kolejna sekwencja hitów : Chłopacy, Drogi Panie, Koniec, Mpakompabiempata, Hydropiekłowstąpienie i Hiszpan rozruszała chyba największych stoików. Po tym przedłużonym i niezwykle energetycznym bisem nikt już nie krzyczał „jeszcze”. Widać było, że zespół dał z siebie absolutnie wszystko. Pozostało tylko podziękować. Jak podsumował jeden z wychodzących fanów „to nie są ludzie, to nie są ludzie”. Zaiste – ciężko sobie wyobrazić, że siedmiu ponad 35-latków może wykrzesać tyle energii z siebie.

Zespół Lao Che od lat słynął z doskonałych koncertów, ale aktualnie ich forma jest wręcz nieziemska. To po prostu trzeba zobaczyć!! Godny polecenia jest również mały, nie do końca przystosowany do koncertów, ale bardzo klimatyczny klub Fraktal w Mikołowie. To w dużej mierze właśnie warunki panujące w klubie: brak sceny, ciasnota, bezpośredni kontakt z zespołem sprawiły, że mogliśmy doświadczyć czegoś wyjątkowego. Doskonałą okazją do przeżycia koncertu w tym miejscu będzie druga edycja Fraktal art festiwalu, który trwać będzie przez większą część listopada. Przebić koncert Lao Che starać się będą min.: Abradab, Żywiołak i Świetliki. Po tym, co zobaczyłem wczoraj mogę zapewnić już teraz was, że nie dadzą rady :).

16:36, djlucas1
Link Dodaj komentarz »
Lao Che tydzień trwa

Że Lao Che to zespół dający niesamowite koncerty wiedziałem od dawna, ale że taką energie 7 osób może wygenerować - tego się nauczyłem podczas dzisiejszego koncertu kapeli w Mikołowie. Szczegółowa relacja już jutro z rana, a na teraz mały aperitif i potwierdzenie tezy powyższej :

 

02:24, djlucas1
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 27 października 2009
Lao Che tydzień

Data emisji kolejnego tekstu nieco się przedłuża, związane jest to z tym, że traktować on będzie o moim ulubionym, polskim, zespole czyli Lao Che (trudniej chwalić niż bluzgać). Oprócz tekstu, który zamieszczę prawdopodobnie jutro, przygotowałem dla was także parę teledysków i recenzje koncertu zespołu z mikołowskiego Fraktala - jednym słowem LAO CHE TYDZIEŃ

 

 

 

16:39, djlucas1
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 19 października 2009
05 O maśle co wykończyło punk rocka

 

Nic dodać nic ująć, JOHNNY ROTTEN HAS DONE AN ADVERT FOR A BUTTER. Sprawa z pozoru błaha, ale nie jednemu obecnemu, lub byłemu pancurowi (jak występującemu powyżej ojcu Lilly Allen) złamała serce. Jedna z głównych postaci wzniecających ogień punk rocka w końcu lat 70-tych, trzydzieści lat później zgrabnie, w przeciągu 30 sekundowej zajawki (znajdziecie ją tutaj), ostatecznie go wygasiła. Sprawa jest tym bardziej przykra, że niegdysiejszy czołowy buntownik świata, na którego pieszczotliwie wołano Zgniłek, nie użył do wygaszania własnego moczu, lub innej odrażającej wydzieliny, lecz mleka radośnie pląsającej za nim Krasuli... Gorszego scenariusza nawet, bodaj poczwórna laureatka Złotej Maliny – Madonna, wymyślić nie mogła...

Johnny Rotten blisko rok temu wyraził ostatecznie to, o czym mówiono od dawna – Punk Rock umarł... Zasadniczo, według mnie, był w stanie agonalnych już niespełna 10 lat po narodzinach. Wtedy, w połowie lat 80, gdy tak zwana druga fala punk rocka, związana z zespołami pokroju Dead Kennedys czy Exploited, przeminęła, ruch mocno się rozbił i podzielił. Mieliśmy więc ultralewacki hardcorowy punk, ale także nazi punk, celtic punk, chrześcijański punk, gotic punk, skate punk i tak dalej – co zespół to nowy nurt :) Wskrzeszenie nastąpiło około 1994, wiązało się to z przeminięciem mody na grunge (i oczywiście śmiercią Kurta Cobaina, który swoją twórczością ułatwił powrót punka w jakimś stopniu). Dziurę powstałą po wycofaniu się grunge'u na bagniste tereny gdzieś pod Seattle, doskonale wykorzystali skate-punki ze słonecznej Kalifornii. Takie zespoły jak Green Day, czy przede wszystkim The Offspring, wtedy naprawdę zabłysły. Później wyżej wymienione zespoły jak i ich następcy : Sun 41, Good Charlotte itd., mocno się skomercjonalizowały, jednak ten początek z lat 94-96, to chyba najlepszy okres Punka od czasu debiutów Sex Pistols i The Clash. Szczególnie Offspring, z warczykowatego okresu doskonałej płyty Smash jest wart polecenia. Dalsza kariera zespołu doskonale pokazuje co stało się z całym nurtem – spopowiał. I tak definitywnie skończyła się historia całego nurtu....

Dlaczego definitywnie? Bo teraz młodzi mają swój, przyprawiający postronny słuchaczy o napady mdłości, nurt punk rocka połączonego z różem, grzywkami „na pepika”, trupimi czaszkami i cięciem się żyletką czyli EMO. No a prawdziwy punk rock został wykończony przez masło...

18:47, djlucas1
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 18 października 2009
Trooper

Jako post scriptum do tekstu poniżej przedstawiam wam zespół, w którym występuje aż 3 solówkowych napierdalaczy, mimo to doskonale ze sobą współpracują i pamiętają, że to kompozycja a nie szybkość tappingu jest naistotniejsza

20:10, djlucas1
Link Dodaj komentarz »
piątek, 16 października 2009
04 Herosem gitary być...

Pomysł na niniejszy tekst powstał podczas ubiegłotygodniowej Rawy Blues Festiwal (obszerna relacja z wydarzenia poniżej). Jedną z 3 głównych gwiazd był, jak powiedział Irek Dudek : Jimi Hendrix XXI wieku czyli Eric Sardinas. Koncert był bardzo dobry pod każdym względem, jeżeli chodzi o technikę gry wręcz doskonały, ale... No właśnie czegoś bliżej nieokreślonego brakło. Czego? Trudno to zdefiniować – ducha, duszy, uczucia, feelingu? Sardinas chyba za bardzo starał się potwierdzić słowa Irka Dudka, które zacytowałem powyżej. Po jednej zwrotce następowała szalona kanonada karkołomnych i kunsztownych solówek. Czasami miało się wrażenie, że pan Sardinas zapomina, że w utworze oprócz pierwszej zwrotki są następne, poprzestawał na tej pierwszej i 10 minutowej popisówce. Solówki chociaż nie wiadomo jak znakomite po jakimś czasie się po prostu się nudzą... Patrząc na rozegzaltowywanego Erica Sardinasa doszedłem do wniosku, że herosem gitary być jest niezwykle trudno...

Każdy uczący się sztuki gry na gitarze, na jakimś etapie marzy, by opanować podstawowe skale i ciąć solówki do końca życia. Niestety podczas, gdy większość z marzeń tych wyrasta, pewna grupa w nich zostaje, dochodzi do wielkiej biegłości w maglowaniu paluchami po gryfie i .... staje się to ich przekleństwem. Okazuje się, że granie w zwykłym zespole to nic podniecającego, wymyślanie riffów jest nudą, granie paru chwytów na przemian to dołująca pańszczyzna. Co w takim wypadku? Jedynym wyjściem jest założenie zespołu bardzo specyficznego, działającego na zasadzie: ja olśniewam solówkami, a wy róbcie podkład. Jeździ więc taki wirtuoz z lepszym czy gorszym skutkiem po świecie i próbuje znaleźć publikę na jego popisy. Jeżeli jest naprawdę dobry jest o nim głośno, kto nie słyszał np. o Steve'ie Vai'u, Yngwie Malstreem'ie czy o Joe Satrianim. Pewnie większość z was słyszała, ale kto zna tytuł jakieś płyty wypełnionej ich popisami? Kto obejrzał cały koncert sygnowany tytułem G3, gdzie trzech (chociażby tych wymienionych powyżej) wirtuozów przez półtorej godziny prześciguje się w tym kto bardziej przyszpanuje techniką? Pewnie już nie tak wielu...

Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że wspomniani wirtuozi swój talent jednak marnują. Historia muzyki to historia pisana przez kompozytorów, a nie techników. Jakim cudem znalazły by się w niej takie nazwiska jak Sid Vicious czy Bob Dylan, którzy na swych instrumentach nauczyli się grać tyle o ile. Kto pamiętałby o Jimim Hendrixie, gdyby zadowolił się jedynie solówkami, nie skomponował Voo Doo Chile, Puple Haze, Allong The Watchtower czy chociażby Hey Joe? To piosenka przechodzi to historii nie szybkość uderzeń na sekundę. Z wyżej wymienionych względów wirtuozi raczej prędzej czy później pójdą w zapomnienie, no chyba, że natchnie ich OPAMIĘTANIE.

Tak tak moi mili, tu potrzebna jest interwencja opatrzności. Życzliwy głos, niczym przemowa o bimbrze Wyderki z Wiosna Panie Sierżancie, który wytłumaczy technikom, że nie tędy droga. Naprawdę wierzę, że uda się ich zwerbować z powrotem na jasną stronę rockowego grania. Zresztą jako pierwszy wyłamał się lider całego ruchu wirtuozów – Joe Satriani. Końcem zeszłego roku postanowił zaprzestać solówkowych koncertów i wraz z byłym członkami Van Halen oraz perkusistą Red Hot Chili Pepper stworzył zespół, gdzie jest zwykłym szeregowym gitarzystą!! Debiutancka płyta Chckenfoot – bo tak nazywa się wspomniany wyżej zespół, jest jedną z najlepszych płyt tego roku!! Ożywczym wiatrem w zastałym świecie Hard Rocka. Okazuje się, że muzykę kojarzoną raczej z latami 70 i 80-tymi można grać w sposób świeży, ożywczy, a solówkowy napierdalacz może okazać się doskonałym kompozytorem i bardzo wysmakowanie korzystać ze swoich niebywałych umiejętności. A przy okazji doskonale się bawić... Chcecie dowodu? Ależ proszę bardzo: http://www.youtube.com/watch?v=KKkxxLEBwBo

18:32, djlucas1
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 12 października 2009
Do ciebie pieśnią wołam panie...

A skoro o Rawie Blues poniźszy tekst, tradycyjna ramka również bluesowa, przed wami Modlitwa ojca polskiego bluesa Tadeusza Nalepy

 

02:50, djlucas1
Link Dodaj komentarz »
Rawa Blues - Relacja

W ubiegłą sobotę (10.10), tradycyjnie już, katowicki Spodek zapełnił się fanami bluesa z całego kraju. Była to dwudziesta dziewiąta edycja Rawy Blues Festiwalu, jednego z najbardziej niezmiennych wydarzeń muzycznych w naszym kraju. Od lat ma ten sam, charakterystyczny wzór plakatu, od lat tą samą strukturę według której: od 11 do 15 na malej scenie „nadzieje polskiego buesa” walczą o możliwość występu na koncercie głównym, od 15 do 18 polskie zespoły prezentują swoją muzykę, około 18 w jednym ze swoich milionów wcieleń, występuje główny pomysłodawca i motor napędowy imprezy: Irek Dudek. Po jego występie następują trzy koncerty gwiazd zagranicznych. Podczas tegorocznej edycji byli to: Eden Brent, Rod Piazza oraz Eric Sardinas. Na konferencji prasowej przed festiwalem tradycyjnie butny i zarozumiały Dudek przedstawił gwiazdy w sposób następujący: Eden Brent - „potrzebowałem zaledwie minuty z jej nagraniem by powiedzieć: ta kobieta musi być”, Rod Piazza - „to jest mocna harmonijka do swingującej lekko sekcji” Eric Sardinas: „to wariat, nie boję się tego powiedzieć – Jimi Hendrix XXI wieku”. Oczywiście te śmiałe zapowiedzi za chwilę rozliczymy, zanim to nastąpi wróćmy do pierwszej części festiwalu.

Swoistą wojnę kapel na małej scenie wygrali nieoczekiwanie Gosia Werbińska i Błażej Pawlina, dwójka sympatycznych, ubranych po hipisowsku starych fanów festiwalu, którzy po raz pierwszy postanowili spróbować dostać się na drugą stronę barierek, czyli scenie główną.

Po wojnie kapel, o 15-stej, na dużej scenie pojawił się Irek Dudek, by otworzyć zasadniczą część festiwalu tradycyjnym Everyday i've got the blues. Króciutkie otwarcie i na scenę wyszedł wrocławski Hoo Doo Band - jeden z, jak się później okazało, najmocniejszych punktów festiwalu. Oprócz doskonałych kompozycji, wielkim atutem zespołu była wokalistka - obdarzona wielkim głosiskiem i kocimi ruchami, blondyneczka. Z czasem okazało się, że jest to laureatka 1 edycji programu Idol - Alicja Janosz!!!!!!!! Powiem wam, że malutka, wygadana i trochę pulpetowata nastolatka wyrosła na piękną damę. Zmysłowe, ale bardzo naturalne ruchy, doskonały wokal, to drugi raz kiedy nieoczekiwanie widzę ją na wielkim festiwalu (pierwszy to występ z Indios Bravos na Woodstocku 2007) i drugie wielkie zaskoczenie!! Z idolowego kaczątka wyrósł piękny i chyba coraz mocniej ukształtowany muzycznie łabędź. Bravo!! Kolejnym bardzo mocnym akcentem wieczoru był występ super grupy, jak powiedział prowadzący imprezę Jan Chojnacki, czyli JJ Bandu. Zagrali oni sporo utworów z repertuaru Tadeusza Nalepy. Wszystkie aranże były bardzo ciekawe, najbardziej piorunujące wrażenie na mnie robił utwór Ona poszła inną drogą zaśpiewany przez ścinawskiego wokalistę Dariusza Łacha. Śmiem wręcz twierdzić, że to jeden z najlepszych głosów w naszym kraju!! Pozostałe polskie zespoły, przedstawione przed Shankin Dudi również prezentowały wysoki poziom(no może oprócz Pawła Szymańskiego – chłopca z gitarą, który śpiewał min. o podróżach pociągiem). Patrząc na ich wielkie umiejętności musiałem, wraz z kolegą Kazkiem – redaktorem zaprzyjaźnionego radia Egida, zastanowić się gdzie ci artyści są na co dzień, dlaczego nikt spoza środowiska bluesowego o nich nie słyszy?

Troszeczkę po 18 oczekujący na Shankin Dudi zobaczyli na scenie armie ponad 50 recytatorów, którzy, chcąc pokazać potęgę bluesowego tekstu, przeczytali The Weary Blues Langstona Hughes'a. Miałem okazje być jednym z nich i ziścić jedno z mych marzeń - stać na scenie Spodka przed 5-7 tysiącami ludzi :) Wreszcie przed 19 na scenę wyszedł świętujący 25-lecie działalności, dowodzony przez Irka Dudka, zespól Shankin Dudi. Mocno skrócony, ale bardzo energetyczny koncert, był doskonale przyjęty przez publikę. Zespół biegał, kładł się na scenie nie przerywając grania, pokazał, że ich hiciory z lat 80-tych takie jak : Au sialalala, Och Ziuta, Za 5 minut 13, czy Zastanów się co robisz, niczego nie straciły z biegiem czasu. Po niestety bardzo krótkim występie Shankin, niemal natychmiast na scenę weszła pani Eden Brent. Mocny kobiecy głos i przeważnie wolne nastrojowe bluesy – tak można chyba najlepiej podsumować prawie godzinny koncert. Bardzo dobrym posunięciem było rozdzielenie dwóch żywiołowych koncertów : Shankin Dudi i Roda Piazzy, posiłkującą się jedynie dźwiękiem pianina Eden Brent. Diwa rodem z delty Missisipi, mimo dużego wdzięku i doskonałych warunków wokalnych, jednak dała według mnie najsłabszy koncert z zagranicznych gwiazd. Mówiąc wprost lekko zanudziła publiczność. Rod Piazza z żoną oraz zespołem musieli nieźle się napocić by publika wróciła do tanecznej formy z koncertu Shankin Dudi. Początkowo, przez pierwsze 15 minut średnio im to wychodziło, gdy jednak po kolejnych 15 , wróciłem na płytę katowickiego Spodka, doznałem lekkiego szoku. Tak roztańczonej i beztrosko pląsającej publiczności jeszcze nie widziałem pod jego dachem!! Małżeństwo Piazzów, mimo że razem liczy 120-130 lat, porwało swą muzyką publiczność tak, że przez godzinę płyta spodka przypominała bardziej parkiet dużego wesela - trzy razy minął mnie długi na 50 osób wężyk!! Rod Piazza pokazał, że Rock&roll wywodzi się w prostej linii z Bluesa i że te gatunki są bardzo pokrewne, brawo!! Wreszcie na scenę około 23 wspiął się demon gitary w kowbojskim kapeluszu, czyli Eric Sardinas. Niestety tak bardzo chciał udowodnić swoje niebywałe umiejętności, że niekiedy popisy techniczne trwały po 5-10 minut. Stanowczo za długo... Nie wiadomo nawet jak wyszukane popisy na gitarze po pewnym czasie po prostu nudzą, zniesmaczają. Zniesmaczenie moje było tym większe, że ostatnia płyta gitarzysty to zbiór naprawdę dobrych, hardrockowo-bluesowych kompozycji. Nawet jeżeli pan Erick którąś z nich zaczynał grać, to po 1 zwrotce zapominał chyba o pozostałych i ciął swoje kosmiczne solówki... Kto co lubi, ja jednak jestem zwolennikiem starej postbeatlesowskiej szkoły : zwrotka, refren zwrotka, ye ye ye i do domu :P Zresztą bliżej o tym zagadnieniu w najbliższym mym felietonie, który niedługo pojawi się powyżej :).

Mimo że ostatni koncert troszeczkę mnie rozczarował, całą tegoroczną Rawe Blues Festiwal oceniam bardzo pozytywnie. Klimat był jak zwykle bardzo dobry, bardzo specyficzny: ludzie życzliwi i muzycznie wysmakowani, jedzonko w bufecie jak zwykle znakomite, pijaków niemalże brak, ale są to rzeczy dla Rawy raczej stałe. Tym co robiło różnicę byli wykonawcy: dużo bardziej rozpoznawali, a co za tym idzie gwarantujący wyższy poziom niż chociażby ci z zeszłego roku. No i dobór artystów polskich z wybitnymi wokalistami Alą Janosz i Dariuszem Łachem na czele. Wreszcie co roku grające Shankin Dudi w najlepszej formie od dawna. To wszystko sprawiło, że 29 edycja Rawy Blues była bardzo udanym przedsięwzięciem. Tych, którzy nie stawili się w hali Spodka zachęcam do udziału w jubileuszowej 30 Rawie Blues. Na pewno będzie się działo.

 

00:00, djlucas1
Link Komentarze (3) »
niedziela, 04 października 2009
03 Otwarcie trzeciego frontu

Tekst ten, początkowo miał być zlepkiem spostrzeżeń dotyczących mentalności i stanu wiedzy muzycznej wśród młodzieży. Okazją do badań były moje wrześniowe praktyki w liceum, a właściwie jedna z trzech, dotyczących muzyki lekcji, które przeprowadziłem. Po jakimś czasie postanowiłem skupić się jedynie na jednym z poruszonych na niej wątków. Lekcja, która zainspirowała mnie do niniejszego tekstu, traktowała o kontrkulturach młodzieżowych hipisów i punków. Przeprowadziłem ją podczas zajęć Wiedzy o Kulturze - uzbrojony w teledyski z YouTube, przez 45 min próbowałem: po pierwsze primo przekonać młodzież do JEDYNIE dobrej muzyki, po drugie primo ukazać społecznopolityczne powody wybuchu tych rewolucji. Rok 1967 i 1977 - wtedy odpowiednio front walki młodego pokolenia z systemem otwierali Hipisi i Punki. Po dwóch wstrząsach następujących niemalże po sobie, ludzkość z utęsknieniem już od ponad 30 lat czeka na front trzeci. Kończąc wspomnianą wyżej lekcje zapytałem młodzież czy możliwa jest kolejna rewolucja, kolejny zryw młodych przeciwko światu w rytmach konkretnego nurtu muzycznego. 100 % klasy wymieniając rożne powody – najczęściej rozwiniętą do granic wytrzymałości komercjalizację, ustaliła, że nie jest to możliwe. Oczywiście w pierwszej chwili się z nimi zgodziłem ale...

... pomyślałem sobie, że było niezwykle blisko całkiem niedawno. Czyż możemy sobie wymyślić bardziej buntogenny okres, niż czas ultraprawicowych rządów z początków naszego wieku i wojen o ropę, które te rządy wykreowały? Kto, jeśli nie George Bush czy nasi polscy bracia McKwacz, mógł sprowokować do ostrego wystąpienia muzyków, poetów, a wreszcie ich odbiorców? Wielu dopuszczało się ostrej krytyki, ale nie wystąpił żaden spójny, jednolity ruch (na szczęście te ciemne wieki już minęły, więc z całą stanowczością mogę to stwierdzić). Wymieńmy może paru najbardziej atakujących wykonawców, potencjalnych przywódców nowego frontu. Najbardziej na tą rolę swoją twórczością z lat 2000-2008 zasłużyli według mnie: marksiści RATM/Audioslave, Ormianie z SOAD, zaangażowani politycznie byli grunge'owcy: Neil Young i Pearl Jam ...(jeżeli macie inne typy wpisujcie w komentarzach). Z polskiej sceny natomiast chyba liderem był drugi album El Doopy z takimi hiciorami jak „Wanna Wasermana” czy „Moherowy Ninja”. Jeżeli już jesteśmy przy tej tkaninie służącej do robienia czapek: do polskiego hymnu nowej rewolucji predestynowany był szlagier Big Cyca „Moherowe Berety”. Niestety oprócz paru wystrzałów nic się większego nie zdarzyło. Nie porwały one do ataku mas...

... Zastanówmy się: dlaczego?! Mimo że poszczególne frakcje miały wspólnego wroga, ruszyły na niego z innych miejsc i atakowały jego inne rejony. Oprócz muzyki nie narodziło się wraz z nią nic innego - ideologia, wspólne hasła, czy chociażby sposób ubierania się. W dzisiejszych czasach ludzie mając wszystkie informacje, całą muzykę świata na wyciągniecie ręki (w stronę klawiatury), buntują się na swój sposób... Z drugiej strony, jest w człowieku (a w Polaku szczególnie), jakaś dążność do jednoczenia się, występowania wspólnie przeciwko wspólnemu wrogowi. Być może dla współczesnych ograniczony George W., spychający USA ma skraj przepaści, był słabszym bodźcem, niż wojna Wietnamie i purytanizm „starych” dla hipisów, czy kryzys ekonomiczny i wszechobecny karykaturalny rock progresywny dla angielskich punków. Może dlatego ruch się nie wykreował, gdyż sprzeciw wynikał jedynie z polityki i sytuacji społecznej, nie było wroga na polu muzycznym? Kogoś właśnie takiego jak zespoły pokroju Emerson, Lake & Palmer czy Pink Floyd, które doprowadzały do szewskiej, ale twórczej pasji Johnego Rottena i spółkę. Tych powodów można dociekać i dociekać, bez względu na ich ilość, wydaję się po prostu, że pewna epoka już minęła. Epoka wielkich muzyczo-społecznych rewolucji... Szkoda, że trwała jedynie 10 lat i składała się z 2 elementów.... Zresztą chyba nie tylko ja tęsknie za tymi wybuchami - show business już paro albo paronastokrotnie próbował nam wmówić, że jakiś marginalistyczny ruch jest rewolucją, a zespoły pokroju The Strokes czy Arctic Monkeys największym wydarzeniem od czasu The Beatles...

A w tradycyjnej ramce jeden z bardziej napastliwych w stosunku do Busha i całej sytuacji z nim związanej teledysk :

23:19, djlucas1
Link Komentarze (2) »
Cover na niedziele

Kolejny cover zamieszczam tylko dlatego, że to COVER, a mało kto o tym wie !! No dobra wykonanie młodego Joe Cockera też niczego sobie, ale pamiętajcie - to utwór The Beatles z płyty Stg Pepper... !!

 

01:26, djlucas1
Link Dodaj komentarz »
sobota, 03 października 2009
Cover na sobote

Tymrazem będzie to utwór wykonywany przez jednego z najlepszych wokalistów jakich widziałem, kiedy tylko mam okazję polecam go uwadze, czy to również poniżej :

 

14:06, djlucas1
Link Dodaj komentarz »
piątek, 02 października 2009
Cover na piątek

Tymrazem będzie to jeden z tych przypadków gdzie cover jest sławniejszy od oryginału. Przed wami przeróbka jednego z hiciorów amerykańskiej gwiazdy country Dolly Parton :

 

00:27, djlucas1
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 01 października 2009
Cover na czwartek

Tymrazem coś polskiego. Chyba 2 największe polskie Divy wszechczasów czyli Katarzyna Nosowska śpiewa utwór z repertuaru Anny Jantar :

 

00:28, djlucas1
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8