Kiedyś strona informacyjna o audycji muzycznej PRZESTER emitowanej na antenie radia Egida, dziś po prostu blog muzyczny. Nowy tekst co poniedziałek, czasami częściej
RSS
piątek, 18 grudnia 2009
Płytowe podsumowanie roku !!

Ponieważ ogarnął mnie kryzys twórczy (mam nadzieje, że nowym roku minie) zamiast kolejnego tekstu postanowiłem zamieścić mój subiektywny ranking najlepszych płyt wydanych w minionym roku, klasyfikacje podzieliłem na płyty polskie i zagraniczne, przedstawia się on następująco :

 

Płyty Polskie :

 

  1. Indios Bravos - Indios Bravos

  2. Kult – Hurra !

  3. Różni Wykonawcy - Jest Dobrze... Piosenki Niedokończone Maklakiewicz i Himilsbach

  4. Spięty – Antyszanty

  5. Hey - Milosc! Uwaga! Ratunku! Pomocy!

 

Płyty Zagraniczne :

 

  1. Chickenfoot -Chickenfoot

  2. Dead Weather - Horehound

  3. Pearl Jam – Backspacer

  4. Them Crooked Vultures -Them Crooked Vultures

  5. Dave Matthews Band - Big Whiskey And The GrooGrux King

13:18, djlucas1
Link Dodaj komentarz »
sobota, 28 listopada 2009
Ps 3

Pozostał nam ostatni bohater tekstu poniżej Kurt Cobain. Poniżej jedno z doskonalszych wykonań z legendarnego koncertu Nirvana Unplugged. 10 dni temu mineło równe 15 lat od tego wyjątkowego wydarzenia.

00:17, djlucas1
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 26 listopada 2009
Ps 2

Pan Ian Curtis w najlepszym nagranym wykonaniu na żywo

 

23:13, djlucas1
Link Dodaj komentarz »
środa, 25 listopada 2009
Ps 1

Jako post scriptum do tekstu poniższego postanowiłem co dzień zamieszczać (do ukazania się kolejnego tekstu) jeden utwór artysty wymienionego w nim. Zacznę przekornie od tego, o którym ledwie wspominam - od Syda Barretta

00:13, djlucas1
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 23 listopada 2009
SuicideBiznes

Dzisiejszy tekst traktować będzie o zjawisku, które jest równie stare jak sama sztuka. Zjawisku, w którym zupełnie nieznany nikomu artysta staje się niesamowicie popularny tylko dlatego, że popełnił samobójstwo. Może to być flamandzki malarz przymierający z głodu, biorący zlecenia pogardzane przez innych artystów (np. portret średniozamożnej, kupieckiej rodziny), albo francuski poeta dekadent. Dziś ich prace wyceniane są na miliony dolarów, posiadanie ich jest wyznacznikiem pewnego poziomu. Oczywiście wspomniany portret rodziny nie zyskał na wartości artystycznej. Podobnie, inspirowane zbyt dużą ilością absyntu wierszydło, sklecone przez młodego, pogardzanego przez współczesnych, artystę – samobójcę, z racji okoliczności w jakich zszedł z tego świata, zyskuje rangę wielkiego moralitetu.

W muzyce rockowej również mamy parę legend, które takimi się stały głównie dzięki przedwczesnej śmierci. Pragnąłbym zastanowić się nad sylwetkami dwóch chyba najbardziej znanych takich artystów. Jak bardzo byli popularni za życia? Czy to oni są tak naprawdę są architektami swoich sukcesów? Jak potoczyłaby się ich kariera gdyby nie śmierć w wieku młodym? Pierwszego bohatera, którego postanowiłem troszeczkę odbrązowić, jest uważany za najwybitniejszego barda chłodnej fali – Ian Curtis. Ostatecznie przeistoczony w popkulturowy pomnik za sprawą filmu Control Anthona Corbijna, wokalista Joy Division moim zdaniem stał się takowym, jedynie za sprawą romantycznej i spektakularnej zarazem, śmierci. Postać ta jest zapewne przez was doskonale znana, ale przytoczmy podstawowe fakty. Do zespołu na wskroś oryginalnego i pomysłowego - Joy Division dołączył jako ostatni, gdy panowie mieli już ustalone brzmienie, nakreślony kierunek muzyczny w którym chcą podążyć. To Bernard Sumner i Peter Hook byli motorami napędowymi zespołu. To oni napisali muzyczny materiał na dwie doskonałe płyty: Unknown Pleasures i Closer, to oni wymyślili nowatorskie, mroczne brzmienie. Ian dodał tylko swoją charyzmę i niepokojące, idealnie pasujące do muzyki teksty. Mitologizacja Iana najbardziej chyba skrzywdziła tę dwójkę jego współpracowników – rzesza nieedukowanych fanów przypisuje swojemu bożyszczu wszystkie zasługi. Mało kto wie, że Ian Curtis był raczej na bakier z graniem na instrumentach, nie mówiąc o komponowaniu! Kolejnym mitem, który należy obalić jest pozycja zespołu w momencie śmierci Iana, byli oni, mimo udanego debiutu i garstki singli (Closer wydano już po śmierci lidera) raczej zespołem supportującym inne, (takie jak The Buzzcocks) niż prawdziwą wschodzącą gwiazdą. Dopiero Closer była fonograficznym i komercyjnym sukcesem (czy byłby on tak duży gdyby nie samobójstwo wokalisty?). Wcześniej panowie ledwo wiązali koniec z końcem – Iana do końca życia bardziej utrzymywała żona, niż on ją. Również mające się rozpocząć dwa dni po śmierci Iana tournee zespołu po USA, jest wątkiem raczej źle pojmowanym. Skrót myślowy jest prosty – mieli jechać do Ameryki, czyli niechybnie stali tuż przed drzwiami do wielkiej kariery. Moim zdaniem sprawa nie jest aż tak oczywista. Z tak trudną i specyficzną muzyką zespół miałby problem przebić się w USA nawet w najbardziej sprzyjających warunkach. Początek lat 80 z pewnością takim nie był. Wyobrażacie sobie, że amerykańskie społeczeństwo nagle pokocha na wskroś depresyjne piosenki Iana? To samo społeczeństwo, które uwielbia film Rocky, które na stadionach wyśpiewuje Born In The USA wraz z Brucem Springsteenem nie kojarząc, że jest to mocna krytyka amerykańskiego sposobu życia? Uważam, że w tamtym czasie nie było możliwości aby Joy Division zaistniało na rynku w Stanach. Podobnie zresztą przeczuwał sam Ian, bardzo obawiając się podróży do US (fakt, że zmarł po obejrzeniu filmu Stroszek, traktującym o Niemcu po przejściach, który postanawia wyruszyć do Stanów, zacząć życie od nowa i ponosi klęskę, jest bardzo wymowny). Możemy przyjąć alternatywną wersje wydarzeń, w której :

  1. Ian się nie zabija, ale Joy Division ponosi klęskę podczas wyprawy za ocean

  2. nagrywa jeszcze jedną płytę, po czym Ian odchodzi z zespołu (z powodu nasilającej się epilepsji, albo konfliktów w zespole, które przed śmiercią Iana bywały naprawdę ostre)

  3. ostatecznie po rozwiązaniu, sława zespołu ledwie przekracza rodzime przedmieścia Manchesteru

  4. Nie występuje ta specyficzna aura wokół zespołu z wokalistą – samobójcą, która mnie tak drażni, mimo że dokonania zespołu naprawdę uwielbiam.

Przykład Iana zawsze kojarzył mi się z postacią bardzo podobną – młodym i na wskrośoryginalnym liderem pewnej psychodelicznej kapeli z Londynu, z Sydem Barrettem. Był on założycielem, uważanej za najwspanialszą kapele na świecie, formacji Pink Floyd. Po dwóch płytach musiał zrezygnować z czynnego udziału w projekcie ze względu na problemy psychiczne. Gdyby popełnił samobójstwo niechybnie stałby się ikoną całego ruchu, podobnie jak Ian. Zapewne dziś nakłady tych pierwszych psychodelicznych płyt Floydów liczone byłyby w milionach, a koszulki z jego rozczochraną czupryną byłyby popularniejsze od podobizn Ernesto Guevary. Niestety okazało się, że ostra schizofrenia to za mało by poruszyć masy. Apodyktyczny kolega Syda z Pink Floyd, Roger Waters, schizofrenika zwyczajnie wywalił, a zespół z zastępującym Syda Davidem Gilmourem podbił cały świat. Koszulki z podobizną Syda prawdopodobnie nigdy nawet nie wydrukowano...

Mniej kontrowersyjny jest wkład samobójczej śmierci, w niebywałą popularność drugiego z wybranych przeze mnie artystów - Kurta Cobaina. W jego przypadku nie możemy powiedzieć, że sukces bardziej zbudował ktoś inny: Nirvana to on. Był autorem wszystkich tekstów i muzyki, jego niechlujny sposób bycia i grania opanował pierwszą połowę lat 90. Jednak śmiem twierdzić, że śmierć w 1994 raz na zawsze przypieczętowała jego pozycje i pozwoliła wyprzedzić konkurencje. A ta nie była mała... Rok 1991 to nie tylko wypłynięcie Nirvany, ale także:

1) wydanie nowej, bardziej przystępnej, czarnej płyty Metalliki

2) debiut rap-rockowego Rage Against The Machine

3) wydanie niezwykle popularnej jak na funk płyty Blood Sugar Sex Magic stworzonej przez Red Hot Chilli Peppers

4) doskonale przyjęty podwójny album grupy Gun's & Roses

5) nie zapominajmy o wypłynięciu również bezpośrednich, grunge'owych konkurentów Nirvany czyli : Pearl Jam i Soundgarden

Tuż przed śmiercią, Cobain musiał o rząd rockowych dusz walczyć szczególnie ze znienawidzonym Axlem Rosem z Gun's & Roses oraz Eddiem Vedderem z lokalnego rywala: Pearl Jam. Swoim samobójstwem wyprzedził ich zdecydowanie, ale jeszcze w 1994 kolejność na podium była sprawą bardzo niepewną. Prześledźmy dalsze losy wspomnianej dwójki największych rywali. Są one na tyle skrajne, że będziemy mogli na ich przykładzie ukazać 2 drogi potencjalnego rozwoju kariery Cobaina po 1994. Axl, jako, że posiadał prawa do nazwy, wywalił wszystkich innych członków Guns&Roses, by z zupełnie nowymi ludźmi nagrać najwspanialszą płytę w historii rocka – Chinese Democracy. Nagrywał ją 14 - 12 lat (zależy jaki moment uznamy za początek), kosztowała ponad 15 mln dolarów (w dniu premiery wiadomym było, że ta kwota się nie zwróci) i okazała się zaledwie poprawnym wydawnictwem. Sam Axl Rose przeszedł parę kuracji odwykowych, parę nieudanych przeszczepów włosów, jest bardziej własną karykaturą niż skrzeczącym wulkanem energii, biegającym po scenie w krótkich szortach (takiego zapamiętali i pokochali fani). Zupełnie inaczej zestarzał się Eddie Vedder – z wiekiem, niczym dobre wino, zeszlachetniał. Młody, nieopierzony surfer, przekształcił się w barda z siwiejącą brodą i kędziorkami. Nadal robi niesamowicie energetyczny show na koncertach Pearl Jam, jednocześnie pisząc mądre, refleksyjne ballady.

Moim zdaniem gdyby nie śmierć Kurt podążyłby drogą raczej Axla niż Eddiego. Już sama mocno narkotykowa przeszłość na to mogłaby wskazywać. Tak niespokojne dusze jak Kurt, nie statkują się z wiekiem. Co prawda przed śmiercią lider chciał odejść z Nirvany, spróbować tworzyć z Michaelem Stipe'm z REM oraz Leonardem Cohenem, myślę jednak, że jego czarna strona charakteru wzięłaby górę. Jego dalsza historia mogłaby potoczyć się podobnie jak jego żony, Courntey Love - milczałby dopóki stać byłoby go na godne życie i narkotyki, po czym wypuszczałby jakąś przeciętną płytę, lub ruszał w trasę. Zamiast żywej legendy mielibyśmy kolejną podstarzałą gwiazdę odcinającą kupony od dawnej świetności. No ale Kurt Cobain podobnie jak Ian Curtis miał to szczęście, że zmarł w odpowiedniej chwili i już żaden żyjący nie zagrozi jego legendzie. Jednak prawdziwy biznes na swojej śmierci zbił raper 2Pac – nagrał więcej albumów po śmierci niż za życia :)

10:34, djlucas1
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 16 listopada 2009
This Is Fucking It !!

Jestem świeżo po seansie filmu This Is It, zapisu ostatnich przed śmiercią prób Michaela Jacksona i jak zapewne wywnioskowaliście z nagłówka JESTEM ONIEMIAŁY. Że MJ jest wielki wiedziałem i głośno o tym mówiłem od zawsze, mimo to po raz kolejny jego talent uderzył mną o podłogę. This Is It powinien być zapisem ostatnich prób umierającego, podstarzałego lekomana – eksgwiazdora, ale z powyższej, niby logicznej konotacji, zgadza się jedynie to, że jest to zapis prób. Michael co chwilę przerywa utwory by coś uzgodnić, czasami nie wyśpiewuje refrenów jak to na próbie, ponadto widać, że ukazuje jakieś 20 % swojej formy wokalnej, a przede wszystkim tanecznej (powściągliwość układów choreograficznych naprawdę zaskakuje). Ale te 20 % sprawiają, że mam ochotę bić mu pokłony!! Idealna muzykalność, doskonały wokal, tego się nie traci, nie zapomina. Jeżeli dodamy do tego świeże i nowatorskie aranże piosenek oraz filmowe intra do nich, to uzyskujemy dokument o najwspanialszym widowisku naszego świata, które niestety nie miało okazji zadebiutować... Co zostaje? Zostaje materiał sklecony z paru prób, ale ten materiał przewyższa większość popowych koncertów jakie mogę wymienić!! (nie wliczając oczywiście tych tworzonych przez MJ-a w sile wieku). Macie jeszcze 2 tygodnie by udać się do kina i zobaczyć tego największego z największych, który muzykalnością i poczuciem rytmu przebił wszystkich przed i po sobie. Gorąco was do tego zachęcam!!

A jako przedsmak tego, co można zobaczyć w kinie :

20:06, djlucas1
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 02 listopada 2009
O wielkim nieobecnym

Święto zmarłych to pretekst do wszelkiego rodzaju wspominek wybitnych artystów. Co roku oglądamy koncerty ku pamięci jednego lub paru wybitnych artystów... W tym roku TVP wyemitowała takowy o Czesławie Wydrzyckim vel Niemenie. I słusznie wielkim artystą był... Ja chciałbym przedstawić inną, troszeczkę zapomianą, persone polskiej sceny... Mógłbym pisać o nim i pisać, że niebywały wokalista, że magiczna osobowość, że nieziemski kobieciarz. Ale, chyba film znajdujący się poniżej w sposób bardziej doskonały przedstawi sylwetkę pana Andrzeja Zauchy :

 

 

 

19:54, djlucas1
Link Dodaj komentarz »
piątek, 30 października 2009
O tym jak "Chłopacy" zdobyli Mikołów

Gdy potwierdzona została wiadomość, że Lao Che zawita do małego mikołowskiego Fraktala pomyślałem : będzie rzeźnia. Klub znajdujący się pod biurami urzędu miasta w malutkim parku w centrum Mikołowa, dywan na podłodze, nastrojowy klimat kontra najbardziej energetycznie grająca kapela w kraju. Kapela, która być może nagrała 2 najlepsze polskie albumy tej dekady!!(moim zdaniem zarówno Powstanie Warszawskie jak i Gospel to murowane płyty-kandydatki do pierwszej trójki).

Już sam początek koncertu zwiastował, że obejrzymy znakomite widowisko – chłopacy weszli na scenę uśmiechnięci, wyluzowani, zadowoleni jakby z faktu, że zagrają w chyba najmniejszym klubie od paru lat. Zaczęli standardowo od jednego z wolniejszych utworów z płyty Gusła – tym razem padło na Did Lirnik. Później przygotowująca publikę do ostrzejszego miniseta Groźba, a po niej kolejno Bóg Zapłać, Czarne Kowboje i Paciorek. Po nich znowu małe zwolnienie i kolejny wybuch energii. I jak jeszcze 4 razy + bisy. Widać, że panowie dopracowali set listę do granic, zgrabnie lawirując między repertuarem z 3 albumów i doskonale wyczuwając kiedy należy zwolnić, a kiedy przyspieszyć. Podczas trwającego 2 godziny koncertu nie zabrakło niespodzianek. Należały z pewnością do nich utwory granę bardzo sporadycznie: Wisielec, Czy ja człowiek jestem, oraz covery. Tych było jak na Lao Che sporo, bo oprócz granego stale już od zimy Klus Mitroch z repertuaru legendarnego Klausa Mitffocha, nieoczekiwanie pojawiło się Populares Uber Allez Homo Twista z charakterystycznym motywem ala Blues Brothers, a także wstęp do Riders On The Storm The Doors i wściekłe intro do Barykady jakby żywcem wzięte z St Anger Metaliki. Oprócz wyżej wymienionych smaczków zaskakiwało parę aranży min. rozbudowany o 2 solówki Do syna Józefa Cieślaka. No i bisy – te miały na celu chyba ostatecznie wyczerpać z resztek sił około 30 osobową grupę najwierniejszych fanów skaczących naprzeciw zespołu przez bite 2 godziny. Kolejna sekwencja hitów : Chłopacy, Drogi Panie, Koniec, Mpakompabiempata, Hydropiekłowstąpienie i Hiszpan rozruszała chyba największych stoików. Po tym przedłużonym i niezwykle energetycznym bisem nikt już nie krzyczał „jeszcze”. Widać było, że zespół dał z siebie absolutnie wszystko. Pozostało tylko podziękować. Jak podsumował jeden z wychodzących fanów „to nie są ludzie, to nie są ludzie”. Zaiste – ciężko sobie wyobrazić, że siedmiu ponad 35-latków może wykrzesać tyle energii z siebie.

Zespół Lao Che od lat słynął z doskonałych koncertów, ale aktualnie ich forma jest wręcz nieziemska. To po prostu trzeba zobaczyć!! Godny polecenia jest również mały, nie do końca przystosowany do koncertów, ale bardzo klimatyczny klub Fraktal w Mikołowie. To w dużej mierze właśnie warunki panujące w klubie: brak sceny, ciasnota, bezpośredni kontakt z zespołem sprawiły, że mogliśmy doświadczyć czegoś wyjątkowego. Doskonałą okazją do przeżycia koncertu w tym miejscu będzie druga edycja Fraktal art festiwalu, który trwać będzie przez większą część listopada. Przebić koncert Lao Che starać się będą min.: Abradab, Żywiołak i Świetliki. Po tym, co zobaczyłem wczoraj mogę zapewnić już teraz was, że nie dadzą rady :).

16:36, djlucas1
Link Dodaj komentarz »
Lao Che tydzień trwa

Że Lao Che to zespół dający niesamowite koncerty wiedziałem od dawna, ale że taką energie 7 osób może wygenerować - tego się nauczyłem podczas dzisiejszego koncertu kapeli w Mikołowie. Szczegółowa relacja już jutro z rana, a na teraz mały aperitif i potwierdzenie tezy powyższej :

 

02:24, djlucas1
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 27 października 2009
Lao Che tydzień

Data emisji kolejnego tekstu nieco się przedłuża, związane jest to z tym, że traktować on będzie o moim ulubionym, polskim, zespole czyli Lao Che (trudniej chwalić niż bluzgać). Oprócz tekstu, który zamieszczę prawdopodobnie jutro, przygotowałem dla was także parę teledysków i recenzje koncertu zespołu z mikołowskiego Fraktala - jednym słowem LAO CHE TYDZIEŃ

 

 

 

16:39, djlucas1
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 19 października 2009
05 O maśle co wykończyło punk rocka

 

Nic dodać nic ująć, JOHNNY ROTTEN HAS DONE AN ADVERT FOR A BUTTER. Sprawa z pozoru błaha, ale nie jednemu obecnemu, lub byłemu pancurowi (jak występującemu powyżej ojcu Lilly Allen) złamała serce. Jedna z głównych postaci wzniecających ogień punk rocka w końcu lat 70-tych, trzydzieści lat później zgrabnie, w przeciągu 30 sekundowej zajawki (znajdziecie ją tutaj), ostatecznie go wygasiła. Sprawa jest tym bardziej przykra, że niegdysiejszy czołowy buntownik świata, na którego pieszczotliwie wołano Zgniłek, nie użył do wygaszania własnego moczu, lub innej odrażającej wydzieliny, lecz mleka radośnie pląsającej za nim Krasuli... Gorszego scenariusza nawet, bodaj poczwórna laureatka Złotej Maliny – Madonna, wymyślić nie mogła...

Johnny Rotten blisko rok temu wyraził ostatecznie to, o czym mówiono od dawna – Punk Rock umarł... Zasadniczo, według mnie, był w stanie agonalnych już niespełna 10 lat po narodzinach. Wtedy, w połowie lat 80, gdy tak zwana druga fala punk rocka, związana z zespołami pokroju Dead Kennedys czy Exploited, przeminęła, ruch mocno się rozbił i podzielił. Mieliśmy więc ultralewacki hardcorowy punk, ale także nazi punk, celtic punk, chrześcijański punk, gotic punk, skate punk i tak dalej – co zespół to nowy nurt :) Wskrzeszenie nastąpiło około 1994, wiązało się to z przeminięciem mody na grunge (i oczywiście śmiercią Kurta Cobaina, który swoją twórczością ułatwił powrót punka w jakimś stopniu). Dziurę powstałą po wycofaniu się grunge'u na bagniste tereny gdzieś pod Seattle, doskonale wykorzystali skate-punki ze słonecznej Kalifornii. Takie zespoły jak Green Day, czy przede wszystkim The Offspring, wtedy naprawdę zabłysły. Później wyżej wymienione zespoły jak i ich następcy : Sun 41, Good Charlotte itd., mocno się skomercjonalizowały, jednak ten początek z lat 94-96, to chyba najlepszy okres Punka od czasu debiutów Sex Pistols i The Clash. Szczególnie Offspring, z warczykowatego okresu doskonałej płyty Smash jest wart polecenia. Dalsza kariera zespołu doskonale pokazuje co stało się z całym nurtem – spopowiał. I tak definitywnie skończyła się historia całego nurtu....

Dlaczego definitywnie? Bo teraz młodzi mają swój, przyprawiający postronny słuchaczy o napady mdłości, nurt punk rocka połączonego z różem, grzywkami „na pepika”, trupimi czaszkami i cięciem się żyletką czyli EMO. No a prawdziwy punk rock został wykończony przez masło...

18:47, djlucas1
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 18 października 2009
Trooper

Jako post scriptum do tekstu poniżej przedstawiam wam zespół, w którym występuje aż 3 solówkowych napierdalaczy, mimo to doskonale ze sobą współpracują i pamiętają, że to kompozycja a nie szybkość tappingu jest naistotniejsza

20:10, djlucas1
Link Dodaj komentarz »
piątek, 16 października 2009
04 Herosem gitary być...

Pomysł na niniejszy tekst powstał podczas ubiegłotygodniowej Rawy Blues Festiwal (obszerna relacja z wydarzenia poniżej). Jedną z 3 głównych gwiazd był, jak powiedział Irek Dudek : Jimi Hendrix XXI wieku czyli Eric Sardinas. Koncert był bardzo dobry pod każdym względem, jeżeli chodzi o technikę gry wręcz doskonały, ale... No właśnie czegoś bliżej nieokreślonego brakło. Czego? Trudno to zdefiniować – ducha, duszy, uczucia, feelingu? Sardinas chyba za bardzo starał się potwierdzić słowa Irka Dudka, które zacytowałem powyżej. Po jednej zwrotce następowała szalona kanonada karkołomnych i kunsztownych solówek. Czasami miało się wrażenie, że pan Sardinas zapomina, że w utworze oprócz pierwszej zwrotki są następne, poprzestawał na tej pierwszej i 10 minutowej popisówce. Solówki chociaż nie wiadomo jak znakomite po jakimś czasie się po prostu się nudzą... Patrząc na rozegzaltowywanego Erica Sardinasa doszedłem do wniosku, że herosem gitary być jest niezwykle trudno...

Każdy uczący się sztuki gry na gitarze, na jakimś etapie marzy, by opanować podstawowe skale i ciąć solówki do końca życia. Niestety podczas, gdy większość z marzeń tych wyrasta, pewna grupa w nich zostaje, dochodzi do wielkiej biegłości w maglowaniu paluchami po gryfie i .... staje się to ich przekleństwem. Okazuje się, że granie w zwykłym zespole to nic podniecającego, wymyślanie riffów jest nudą, granie paru chwytów na przemian to dołująca pańszczyzna. Co w takim wypadku? Jedynym wyjściem jest założenie zespołu bardzo specyficznego, działającego na zasadzie: ja olśniewam solówkami, a wy róbcie podkład. Jeździ więc taki wirtuoz z lepszym czy gorszym skutkiem po świecie i próbuje znaleźć publikę na jego popisy. Jeżeli jest naprawdę dobry jest o nim głośno, kto nie słyszał np. o Steve'ie Vai'u, Yngwie Malstreem'ie czy o Joe Satrianim. Pewnie większość z was słyszała, ale kto zna tytuł jakieś płyty wypełnionej ich popisami? Kto obejrzał cały koncert sygnowany tytułem G3, gdzie trzech (chociażby tych wymienionych powyżej) wirtuozów przez półtorej godziny prześciguje się w tym kto bardziej przyszpanuje techniką? Pewnie już nie tak wielu...

Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że wspomniani wirtuozi swój talent jednak marnują. Historia muzyki to historia pisana przez kompozytorów, a nie techników. Jakim cudem znalazły by się w niej takie nazwiska jak Sid Vicious czy Bob Dylan, którzy na swych instrumentach nauczyli się grać tyle o ile. Kto pamiętałby o Jimim Hendrixie, gdyby zadowolił się jedynie solówkami, nie skomponował Voo Doo Chile, Puple Haze, Allong The Watchtower czy chociażby Hey Joe? To piosenka przechodzi to historii nie szybkość uderzeń na sekundę. Z wyżej wymienionych względów wirtuozi raczej prędzej czy później pójdą w zapomnienie, no chyba, że natchnie ich OPAMIĘTANIE.

Tak tak moi mili, tu potrzebna jest interwencja opatrzności. Życzliwy głos, niczym przemowa o bimbrze Wyderki z Wiosna Panie Sierżancie, który wytłumaczy technikom, że nie tędy droga. Naprawdę wierzę, że uda się ich zwerbować z powrotem na jasną stronę rockowego grania. Zresztą jako pierwszy wyłamał się lider całego ruchu wirtuozów – Joe Satriani. Końcem zeszłego roku postanowił zaprzestać solówkowych koncertów i wraz z byłym członkami Van Halen oraz perkusistą Red Hot Chili Pepper stworzył zespół, gdzie jest zwykłym szeregowym gitarzystą!! Debiutancka płyta Chckenfoot – bo tak nazywa się wspomniany wyżej zespół, jest jedną z najlepszych płyt tego roku!! Ożywczym wiatrem w zastałym świecie Hard Rocka. Okazuje się, że muzykę kojarzoną raczej z latami 70 i 80-tymi można grać w sposób świeży, ożywczy, a solówkowy napierdalacz może okazać się doskonałym kompozytorem i bardzo wysmakowanie korzystać ze swoich niebywałych umiejętności. A przy okazji doskonale się bawić... Chcecie dowodu? Ależ proszę bardzo: http://www.youtube.com/watch?v=KKkxxLEBwBo

18:32, djlucas1
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 12 października 2009
Do ciebie pieśnią wołam panie...

A skoro o Rawie Blues poniźszy tekst, tradycyjna ramka również bluesowa, przed wami Modlitwa ojca polskiego bluesa Tadeusza Nalepy

 

02:50, djlucas1
Link Dodaj komentarz »
Rawa Blues - Relacja

W ubiegłą sobotę (10.10), tradycyjnie już, katowicki Spodek zapełnił się fanami bluesa z całego kraju. Była to dwudziesta dziewiąta edycja Rawy Blues Festiwalu, jednego z najbardziej niezmiennych wydarzeń muzycznych w naszym kraju. Od lat ma ten sam, charakterystyczny wzór plakatu, od lat tą samą strukturę według której: od 11 do 15 na malej scenie „nadzieje polskiego buesa” walczą o możliwość występu na koncercie głównym, od 15 do 18 polskie zespoły prezentują swoją muzykę, około 18 w jednym ze swoich milionów wcieleń, występuje główny pomysłodawca i motor napędowy imprezy: Irek Dudek. Po jego występie następują trzy koncerty gwiazd zagranicznych. Podczas tegorocznej edycji byli to: Eden Brent, Rod Piazza oraz Eric Sardinas. Na konferencji prasowej przed festiwalem tradycyjnie butny i zarozumiały Dudek przedstawił gwiazdy w sposób następujący: Eden Brent - „potrzebowałem zaledwie minuty z jej nagraniem by powiedzieć: ta kobieta musi być”, Rod Piazza - „to jest mocna harmonijka do swingującej lekko sekcji” Eric Sardinas: „to wariat, nie boję się tego powiedzieć – Jimi Hendrix XXI wieku”. Oczywiście te śmiałe zapowiedzi za chwilę rozliczymy, zanim to nastąpi wróćmy do pierwszej części festiwalu.

Swoistą wojnę kapel na małej scenie wygrali nieoczekiwanie Gosia Werbińska i Błażej Pawlina, dwójka sympatycznych, ubranych po hipisowsku starych fanów festiwalu, którzy po raz pierwszy postanowili spróbować dostać się na drugą stronę barierek, czyli scenie główną.

Po wojnie kapel, o 15-stej, na dużej scenie pojawił się Irek Dudek, by otworzyć zasadniczą część festiwalu tradycyjnym Everyday i've got the blues. Króciutkie otwarcie i na scenę wyszedł wrocławski Hoo Doo Band - jeden z, jak się później okazało, najmocniejszych punktów festiwalu. Oprócz doskonałych kompozycji, wielkim atutem zespołu była wokalistka - obdarzona wielkim głosiskiem i kocimi ruchami, blondyneczka. Z czasem okazało się, że jest to laureatka 1 edycji programu Idol - Alicja Janosz!!!!!!!! Powiem wam, że malutka, wygadana i trochę pulpetowata nastolatka wyrosła na piękną damę. Zmysłowe, ale bardzo naturalne ruchy, doskonały wokal, to drugi raz kiedy nieoczekiwanie widzę ją na wielkim festiwalu (pierwszy to występ z Indios Bravos na Woodstocku 2007) i drugie wielkie zaskoczenie!! Z idolowego kaczątka wyrósł piękny i chyba coraz mocniej ukształtowany muzycznie łabędź. Bravo!! Kolejnym bardzo mocnym akcentem wieczoru był występ super grupy, jak powiedział prowadzący imprezę Jan Chojnacki, czyli JJ Bandu. Zagrali oni sporo utworów z repertuaru Tadeusza Nalepy. Wszystkie aranże były bardzo ciekawe, najbardziej piorunujące wrażenie na mnie robił utwór Ona poszła inną drogą zaśpiewany przez ścinawskiego wokalistę Dariusza Łacha. Śmiem wręcz twierdzić, że to jeden z najlepszych głosów w naszym kraju!! Pozostałe polskie zespoły, przedstawione przed Shankin Dudi również prezentowały wysoki poziom(no może oprócz Pawła Szymańskiego – chłopca z gitarą, który śpiewał min. o podróżach pociągiem). Patrząc na ich wielkie umiejętności musiałem, wraz z kolegą Kazkiem – redaktorem zaprzyjaźnionego radia Egida, zastanowić się gdzie ci artyści są na co dzień, dlaczego nikt spoza środowiska bluesowego o nich nie słyszy?

Troszeczkę po 18 oczekujący na Shankin Dudi zobaczyli na scenie armie ponad 50 recytatorów, którzy, chcąc pokazać potęgę bluesowego tekstu, przeczytali The Weary Blues Langstona Hughes'a. Miałem okazje być jednym z nich i ziścić jedno z mych marzeń - stać na scenie Spodka przed 5-7 tysiącami ludzi :) Wreszcie przed 19 na scenę wyszedł świętujący 25-lecie działalności, dowodzony przez Irka Dudka, zespól Shankin Dudi. Mocno skrócony, ale bardzo energetyczny koncert, był doskonale przyjęty przez publikę. Zespół biegał, kładł się na scenie nie przerywając grania, pokazał, że ich hiciory z lat 80-tych takie jak : Au sialalala, Och Ziuta, Za 5 minut 13, czy Zastanów się co robisz, niczego nie straciły z biegiem czasu. Po niestety bardzo krótkim występie Shankin, niemal natychmiast na scenę weszła pani Eden Brent. Mocny kobiecy głos i przeważnie wolne nastrojowe bluesy – tak można chyba najlepiej podsumować prawie godzinny koncert. Bardzo dobrym posunięciem było rozdzielenie dwóch żywiołowych koncertów : Shankin Dudi i Roda Piazzy, posiłkującą się jedynie dźwiękiem pianina Eden Brent. Diwa rodem z delty Missisipi, mimo dużego wdzięku i doskonałych warunków wokalnych, jednak dała według mnie najsłabszy koncert z zagranicznych gwiazd. Mówiąc wprost lekko zanudziła publiczność. Rod Piazza z żoną oraz zespołem musieli nieźle się napocić by publika wróciła do tanecznej formy z koncertu Shankin Dudi. Początkowo, przez pierwsze 15 minut średnio im to wychodziło, gdy jednak po kolejnych 15 , wróciłem na płytę katowickiego Spodka, doznałem lekkiego szoku. Tak roztańczonej i beztrosko pląsającej publiczności jeszcze nie widziałem pod jego dachem!! Małżeństwo Piazzów, mimo że razem liczy 120-130 lat, porwało swą muzyką publiczność tak, że przez godzinę płyta spodka przypominała bardziej parkiet dużego wesela - trzy razy minął mnie długi na 50 osób wężyk!! Rod Piazza pokazał, że Rock&roll wywodzi się w prostej linii z Bluesa i że te gatunki są bardzo pokrewne, brawo!! Wreszcie na scenę około 23 wspiął się demon gitary w kowbojskim kapeluszu, czyli Eric Sardinas. Niestety tak bardzo chciał udowodnić swoje niebywałe umiejętności, że niekiedy popisy techniczne trwały po 5-10 minut. Stanowczo za długo... Nie wiadomo nawet jak wyszukane popisy na gitarze po pewnym czasie po prostu nudzą, zniesmaczają. Zniesmaczenie moje było tym większe, że ostatnia płyta gitarzysty to zbiór naprawdę dobrych, hardrockowo-bluesowych kompozycji. Nawet jeżeli pan Erick którąś z nich zaczynał grać, to po 1 zwrotce zapominał chyba o pozostałych i ciął swoje kosmiczne solówki... Kto co lubi, ja jednak jestem zwolennikiem starej postbeatlesowskiej szkoły : zwrotka, refren zwrotka, ye ye ye i do domu :P Zresztą bliżej o tym zagadnieniu w najbliższym mym felietonie, który niedługo pojawi się powyżej :).

Mimo że ostatni koncert troszeczkę mnie rozczarował, całą tegoroczną Rawe Blues Festiwal oceniam bardzo pozytywnie. Klimat był jak zwykle bardzo dobry, bardzo specyficzny: ludzie życzliwi i muzycznie wysmakowani, jedzonko w bufecie jak zwykle znakomite, pijaków niemalże brak, ale są to rzeczy dla Rawy raczej stałe. Tym co robiło różnicę byli wykonawcy: dużo bardziej rozpoznawali, a co za tym idzie gwarantujący wyższy poziom niż chociażby ci z zeszłego roku. No i dobór artystów polskich z wybitnymi wokalistami Alą Janosz i Dariuszem Łachem na czele. Wreszcie co roku grające Shankin Dudi w najlepszej formie od dawna. To wszystko sprawiło, że 29 edycja Rawy Blues była bardzo udanym przedsięwzięciem. Tych, którzy nie stawili się w hali Spodka zachęcam do udziału w jubileuszowej 30 Rawie Blues. Na pewno będzie się działo.

 

00:00, djlucas1
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8