|
|
Kiedyś strona informacyjna o audycji muzycznej PRZESTER emitowanej na antenie radia Egida, dziś po prostu blog videp-muzyczny.
Blog > Komentarze do wpisu
SuicideBiznes
Dzisiejszy tekst traktować będzie o zjawisku, które jest równie stare jak sama sztuka. Zjawisku, w którym zupełnie nieznany nikomu artysta staje się niesamowicie popularny tylko dlatego, że popełnił samobójstwo. Może to być flamandzki malarz przymierający z głodu, biorący zlecenia pogardzane przez innych artystów (np. portret średniozamożnej, kupieckiej rodziny), albo francuski poeta dekadent. Dziś ich prace wyceniane są na miliony dolarów, posiadanie ich jest wyznacznikiem pewnego poziomu. Oczywiście wspomniany portret rodziny nie zyskał na wartości artystycznej. Podobnie, inspirowane zbyt dużą ilością absyntu wierszydło, sklecone przez młodego, pogardzanego przez współczesnych, artystę – samobójcę, z racji okoliczności w jakich zszedł z tego świata, zyskuje rangę wielkiego moralitetu. W muzyce rockowej również mamy parę legend, które takimi się stały głównie dzięki przedwczesnej śmierci. Pragnąłbym zastanowić się nad sylwetkami dwóch chyba najbardziej znanych takich artystów. Jak bardzo byli popularni za życia? Czy to oni są tak naprawdę są architektami swoich sukcesów? Jak potoczyłaby się ich kariera gdyby nie śmierć w wieku młodym? Pierwszego bohatera, którego postanowiłem troszeczkę odbrązowić, jest uważany za najwybitniejszego barda chłodnej fali – Ian Curtis. Ostatecznie przeistoczony w popkulturowy pomnik za sprawą filmu Control Anthona Corbijna, wokalista Joy Division moim zdaniem stał się takowym, jedynie za sprawą romantycznej i spektakularnej zarazem, śmierci. Postać ta jest zapewne przez was doskonale znana, ale przytoczmy podstawowe fakty. Do zespołu na wskroś oryginalnego i pomysłowego - Joy Division dołączył jako ostatni, gdy panowie mieli już ustalone brzmienie, nakreślony kierunek muzyczny w którym chcą podążyć. To Bernard Sumner i Peter Hook byli motorami napędowymi zespołu. To oni napisali muzyczny materiał na dwie doskonałe płyty: Unknown Pleasures i Closer, to oni wymyślili nowatorskie, mroczne brzmienie. Ian dodał tylko swoją charyzmę i niepokojące, idealnie pasujące do muzyki teksty. Mitologizacja Iana najbardziej chyba skrzywdziła tę dwójkę jego współpracowników – rzesza nieedukowanych fanów przypisuje swojemu bożyszczu wszystkie zasługi. Mało kto wie, że Ian Curtis był raczej na bakier z graniem na instrumentach, nie mówiąc o komponowaniu! Kolejnym mitem, który należy obalić jest pozycja zespołu w momencie śmierci Iana, byli oni, mimo udanego debiutu i garstki singli (Closer wydano już po śmierci lidera) raczej zespołem supportującym inne, (takie jak The Buzzcocks) niż prawdziwą wschodzącą gwiazdą. Dopiero Closer była fonograficznym i komercyjnym sukcesem (czy byłby on tak duży gdyby nie samobójstwo wokalisty?). Wcześniej panowie ledwo wiązali koniec z końcem – Iana do końca życia bardziej utrzymywała żona, niż on ją. Również mające się rozpocząć dwa dni po śmierci Iana tournee zespołu po USA, jest wątkiem raczej źle pojmowanym. Skrót myślowy jest prosty – mieli jechać do Ameryki, czyli niechybnie stali tuż przed drzwiami do wielkiej kariery. Moim zdaniem sprawa nie jest aż tak oczywista. Z tak trudną i specyficzną muzyką zespół miałby problem przebić się w USA nawet w najbardziej sprzyjających warunkach. Początek lat 80 z pewnością takim nie był. Wyobrażacie sobie, że amerykańskie społeczeństwo nagle pokocha na wskroś depresyjne piosenki Iana? To samo społeczeństwo, które uwielbia film Rocky, które na stadionach wyśpiewuje Born In The USA wraz z Brucem Springsteenem nie kojarząc, że jest to mocna krytyka amerykańskiego sposobu życia? Uważam, że w tamtym czasie nie było możliwości aby Joy Division zaistniało na rynku w Stanach. Podobnie zresztą przeczuwał sam Ian, bardzo obawiając się podróży do US (fakt, że zmarł po obejrzeniu filmu Stroszek, traktującym o Niemcu po przejściach, który postanawia wyruszyć do Stanów, zacząć życie od nowa i ponosi klęskę, jest bardzo wymowny). Możemy przyjąć alternatywną wersje wydarzeń, w której :
Przykład Iana zawsze kojarzył mi się z postacią bardzo podobną – młodym i na wskrośoryginalnym liderem pewnej psychodelicznej kapeli z Londynu, z Sydem Barrettem. Był on założycielem, uważanej za najwspanialszą kapele na świecie, formacji Pink Floyd. Po dwóch płytach musiał zrezygnować z czynnego udziału w projekcie ze względu na problemy psychiczne. Gdyby popełnił samobójstwo niechybnie stałby się ikoną całego ruchu, podobnie jak Ian. Zapewne dziś nakłady tych pierwszych psychodelicznych płyt Floydów liczone byłyby w milionach, a koszulki z jego rozczochraną czupryną byłyby popularniejsze od podobizn Ernesto Guevary. Niestety okazało się, że ostra schizofrenia to za mało by poruszyć masy. Apodyktyczny kolega Syda z Pink Floyd, Roger Waters, schizofrenika zwyczajnie wywalił, a zespół z zastępującym Syda Davidem Gilmourem podbił cały świat. Koszulki z podobizną Syda prawdopodobnie nigdy nawet nie wydrukowano... Mniej kontrowersyjny jest wkład samobójczej śmierci, w niebywałą popularność drugiego z wybranych przeze mnie artystów - Kurta Cobaina. W jego przypadku nie możemy powiedzieć, że sukces bardziej zbudował ktoś inny: Nirvana to on. Był autorem wszystkich tekstów i muzyki, jego niechlujny sposób bycia i grania opanował pierwszą połowę lat 90. Jednak śmiem twierdzić, że śmierć w 1994 raz na zawsze przypieczętowała jego pozycje i pozwoliła wyprzedzić konkurencje. A ta nie była mała... Rok 1991 to nie tylko wypłynięcie Nirvany, ale także: 1) wydanie nowej, bardziej przystępnej, czarnej płyty Metalliki 2) debiut rap-rockowego Rage Against The Machine 3) wydanie niezwykle popularnej jak na funk płyty Blood Sugar Sex Magic stworzonej przez Red Hot Chilli Peppers 4) doskonale przyjęty podwójny album grupy Gun's & Roses 5) nie zapominajmy o wypłynięciu również bezpośrednich, grunge'owych konkurentów Nirvany czyli : Pearl Jam i Soundgarden Tuż przed śmiercią, Cobain musiał o rząd rockowych dusz walczyć szczególnie ze znienawidzonym Axlem Rosem z Gun's & Roses oraz Eddiem Vedderem z lokalnego rywala: Pearl Jam. Swoim samobójstwem wyprzedził ich zdecydowanie, ale jeszcze w 1994 kolejność na podium była sprawą bardzo niepewną. Prześledźmy dalsze losy wspomnianej dwójki największych rywali. Są one na tyle skrajne, że będziemy mogli na ich przykładzie ukazać 2 drogi potencjalnego rozwoju kariery Cobaina po 1994. Axl, jako, że posiadał prawa do nazwy, wywalił wszystkich innych członków Guns&Roses, by z zupełnie nowymi ludźmi nagrać najwspanialszą płytę w historii rocka – Chinese Democracy. Nagrywał ją 14 - 12 lat (zależy jaki moment uznamy za początek), kosztowała ponad 15 mln dolarów (w dniu premiery wiadomym było, że ta kwota się nie zwróci) i okazała się zaledwie poprawnym wydawnictwem. Sam Axl Rose przeszedł parę kuracji odwykowych, parę nieudanych przeszczepów włosów, jest bardziej własną karykaturą niż skrzeczącym wulkanem energii, biegającym po scenie w krótkich szortach (takiego zapamiętali i pokochali fani). Zupełnie inaczej zestarzał się Eddie Vedder – z wiekiem, niczym dobre wino, zeszlachetniał. Młody, nieopierzony surfer, przekształcił się w barda z siwiejącą brodą i kędziorkami. Nadal robi niesamowicie energetyczny show na koncertach Pearl Jam, jednocześnie pisząc mądre, refleksyjne ballady. Moim zdaniem gdyby nie śmierć Kurt podążyłby drogą raczej Axla niż Eddiego. Już sama mocno narkotykowa przeszłość na to mogłaby wskazywać. Tak niespokojne dusze jak Kurt, nie statkują się z wiekiem. Co prawda przed śmiercią lider chciał odejść z Nirvany, spróbować tworzyć z Michaelem Stipe'm z REM oraz Leonardem Cohenem, myślę jednak, że jego czarna strona charakteru wzięłaby górę. Jego dalsza historia mogłaby potoczyć się podobnie jak jego żony, Courntey Love - milczałby dopóki stać byłoby go na godne życie i narkotyki, po czym wypuszczałby jakąś przeciętną płytę, lub ruszał w trasę. Zamiast żywej legendy mielibyśmy kolejną podstarzałą gwiazdę odcinającą kupony od dawnej świetności. No ale Kurt Cobain podobnie jak Ian Curtis miał to szczęście, że zmarł w odpowiedniej chwili i już żaden żyjący nie zagrozi jego legendzie. Jednak prawdziwy biznes na swojej śmierci zbił raper 2Pac – nagrał więcej albumów po śmierci niż za życia :) poniedziałek, 23 listopada 2009, djlucas1
|